Receptą udanego piątkowego wieczoru jest umiejętność
popłynięcia z prądem. To co mi się w piątek przydarzyło można bardziej określić
dryfowaniem w szklance. Zamiast świetnie się bawić, siedziałam przy barze
popijając chyba wszystkie rodzaje alkoholi jakie barman posiadał. Nie do końca
wszystko pamiętam. Jeszcze zanim mnie pozamiatało, rozmawiałam z Robertem przez
telefon. Nie wiem dlaczego do niego zadzwoniłam. Naszło mnie nostalgiczne
pragnienie wybaczania. Nawet barmanowi usilnie wybaczałam. że nie chciał mojego
numeru. Na szczęście Robert uznał, że nie mam czego wybaczać. Wręcz odwrotnie.
Sama jestem sobie winna. Rozmowa zeszła więc na właściwy tor. Po wymienieniu
się niecenzuralnymi tytułami rozłączyliśmy się chyba w tej samej chwili.
Rozmawiałam też z Zuśką. Kurcze, nie
zdawałam sobie sprawy wtedy, że telefonowanie do niej zaraz po rozmowie z
Robertem nie jest najlepszym posunięciem. Popłakałyśmy sobie z 30 sekund, po
czym jej telefon się wyłączył. Kiedy zadzwoniłam do Michała miałam już problem
z wymawianiem spółgłosek "sy", "szy", "czy" i
samogłosek "ę" oraz "ą". Nie jestem stuprocentowo pewna czy
zrozumiał dlaczego dzwonie. Próbowałam mu tłumaczyć że "czekałam aż
zadzwonisz pierwszy" ale wyszło "szczekałam aż sad zwonisz piepeszy". Powiedział że nie życzy sobie obrażania po pijaku i się rozłączył.
To tylko
tyle ile pamiętam. Czy nie wydarzyło się coś więcej, nie mogę być pewna. Jedno
wiem. Następnym razem telefon zostaje w domu a Michał idzie ze mną....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz